Powołanie i uzdrawianie - jestem KOBIETĄ!





Jestem Kobietą! I to jest najwspanialsza rzecz, jaką Bóg dla mnie przygotował 😊

Droga mojego powołania i odkrywania Bożego planu na moje życie była etapowa. 
Byłam wychowana w rodzinie katolickiej, co niedziela do kościoła, celebrowanie Świąt, codzienna modlitwa. Mimo, że nie zawsze było to żywe Spotkanie z Bogiem, taki dom ukształtował we mnie określony system wartości i sprawił, że wiara była dla mnie ważna. 
Pod koniec gimnazjum trafiłam do Wspólnoty Młodzieżowej – to był etap „zachłyśnięcia Panem Bogiem” – odkrywania Jego miłości, innych młodych ludzi, którzy byli szaleni radością wiary, to pierwsze doświadczenia głoszenia, przygotowywania rekolekcji, posługa we Wspólnocie jako animator.

Dzięki życiu wspólnotowemu nabrałam nawyku czytania Słowa, nauczyłam się innej, nie tylko „wyklepanej” modlitwy. Z pozoru wszystko wyglądało dobrze, ale w tym wszystkim brakowało korzenia i kontaktu z Bogiem – żywym i prawdziwym, a nie tylko moim wyobrażeniem o Nim.
Moje życie się sypało, byłam uzależniona od pornografii i masturbacji, nienawidziłam siebie i tego, że jestem kobietą – tą która jest słaba, gorsza, podporządkowana, nijaka (taki obraz kobiecości wtedy miałam). Spowiadałam się nie widząc sensu, moje serce było wewnętrznie martwe, potem zaczęły się myśli samobójcze, samookaleczenia, przestałam spać. Walczyłam o to by na zewnątrz wszystko było dobrze, w połowie trzeciego roku studiów, bez sił na wstanie z łóżka, zrezygnowałam – z diagnozą depresji klinicznej.
Czas leczenia i psychoterapii był czasem, gdzie odkrywałam swoje mechanizmy, trudności, rozbrajałam to jak kolejne bomby. Psychika się leczyła, uspokajały się emocje, porządkował sposób myślenia, ale mi wciąż brakowało czegoś  fundamentalnego. To był też czas modlitwy, zawierzania, rozeznawania, choć moje serce było na tym etapie zamknięte – dostawałam łaskę, ale nie przyjmowałam jej. Mimo to, widzę jak dużo czułości miał dla mnie wtedy Jezus – dostałam polecenie od spowiednika, by podjąć jakieś działanie, na rzecz kogoś innego – tak trafiłam na wolontariat w jadłodajni dla osób w kryzysie bezdomności. To doświadczenie, cierpienie braci, ale też odkrycie, że dużo więcej dostaję niż daję, zakorzeniły się w sercu tak mocno, że miałam pragnienie pracy na rzecz tych, którzy pozostają na marginesie społecznym. Rozpoczęłam studia z resocjalizacji, które przyniosły cudowne owoce (choć to temat na inną opowieść 😊).

Wydarzeniem, które było przełomem w moim życiu były rekolekcje wielkopostne w marcu 2017 roku. Bóg obudził wreszcie moje serce słowami przypowieści o figowcu.

„Pewien człowiek miał drzewo figowe zasadzone w swojej winnicy; przyszedł i szukał na nim owoców, ale nie znalazł. Rzekł więc do ogrodnika: Oto już trzy lata, odkąd przychodzę i szukam owocu na tym drzewie figowym, a nie znajduję. Wytnij je: po co jeszcze ziemię wyjaławia? Lecz on mu odpowiedział: Panie, jeszcze na ten rok je pozostaw; ja okopię je i obłożę nawozem; może wyda owoc. A jeśli nie, w przyszłości możesz je wyciąć.” (Łk 13,6-9)

To jest Moje Słowo Życia (pierwsza jego część). Słowo, które mówi wprost o mnie, które ogołaca i przeszywa na wskroś. Bóg był w tym momencie mądrym Ojcem, nie takim, który zawsze głaszcze po głowie, ale tym, który z miłości karci. To byłam ja – żyję w Kościele, ba, nawet we Wspólnocie, a nie przynoszę owocu, moje życie się nie zmienia. Czerpię z łaski i trwonię ją. Dlaczego mam dalej ją bezkarnie marnować? To były najtrudniejsze słowa, jakie ktoś kiedykolwiek do mnie powiedział. To była prawda o moim sercu, prawda o moim życiu. Bolało. Ale ta prawda pozwoliła mi zobaczyć miłosierdzie, Jezusa, który prosi Ojca o jeszcze jeden rok. Dla mnie to była obietnica, że jestem w Jego rękach, że mam Mu pozwolić, się mną zająć tak na serio, zaufać bez szemrania i wybierania tego co wygodne. Oddać cała, bez zostawiania czegoś dla siebie. 
Przez trzy dni rekolekcji to Słowo we mnie pracowało, po to bym mogła zobaczyć całą prawdę o swojej nędzy, bezradności, uwikłaniu w grzech. A po zobaczeniu prawdy, powiedzieć świadomie: Dobrze, Ty rób co chcesz.

I zaczął. Najpierw przygotowanie i spowiedź generalna. Oddanie całego życia w Jego ręce. Jestem bardzo wdzięczna Bogu, że w tej drodze towarzyszył mi kierownik duchowy, który słuchając Mądrości Ducha Świętego prowadził mnie dosłownie za rękę. Wylewała się łaska, nareszcie, po tylu latach moje serce było otwarte i mogło czerpać, choć nawrócenie wiązało się z trudem.  

We mnie ta zmiana była radykalna. Codzienna Eucharystia (początkowo z posłuszeństwa, a nie miłości) wymagała przeorganizowania dnia. Odcinałam Internet, co skutkowało gorszym dostępem do informacji choćby na uczelni. Ale przede wszystkim to była metanoja - zmiana myślenia. Nie tylko prześledziłam obraz kobiety panujący w mojej rodzinie, ale dostałam za zadanie czytanie Biblii i szukanie w niej tego jaki plan ma Pan Bóg i co dla Niego znaczy „stworzyłem cię kobietą”. Emocjonalnie budziło to mój bunt, denerwowały mnie kobiety, których życiorysy czytałam. Robiąc notatki z każdej wzmianki o nich na kartach Biblii, uczyłam się posłuszeństwa i wierności mojemu marcowemu "tak". Dyskutowałam o kobietach, odkrywałam co mnie w nich drażni, ale dzięki temu otwierałam coraz bardziej swoje serce codziennym Słowem i łamałam szablony we własnym myśleniu.

Bóg uzdrawiał powoli, tak jakby wiedział, że za szybko nie zaakceptuję zbyt wiele. Uczył mnie przyjmowania dobra, tego, że mogę się otworzyć przed drugim człowiekiem i mnie to nie zniszczy. W maju mieliśmy z K. pierwszą przegadaną noc. Znaliśmy się już wcześniej z jednej Wspólnoty, ale tak jakoś nie było okazji, by pogadać. To była noc, gdzie wywaliłam swoje żale, obawy, strach i lęk. Potem długo nie rozumiałam takiej swojej reakcji, ale ta rozmowa zaowocowała początkiem budowania relacji.

Wszystko rozwijało się spokojnie, Bóg powoli porządkował moje serce, uczył mnie nazywania pragnień, prowadził przez historię kobiet w Biblii, z K. spotykaliśmy się co tydzień na herbacie, rozmawialiśmy o świecie, Panu Bogu, rzeczach prywatnych, otwieraliśmy się i zaprzyjaźnialiśmy. Bóg mnie oswajał ze mną samą, z kobietą którą jestem w sposób bardzo łagodny. To, że K. jest ode mnie 7 lat młodszy sprawiało, że się nie bałam zażyłości relacji, że mogłam być sobą, nie konfrontując się od razu z tym czego bym od tej relacji chciała. Byliśmy dwójką ludzi, którzy są sobie bliscy, nie kobietą i mężczyzną. 
Kolejnym przełomem było dla mnie odkrycie tego, że jestem zakochana - że ten człowiek inspiruje mnie, intryguje, porusza, właśnie jako mężczyzna; że ja jestem zdolna do takich pragnień, że mam takie pragnienia wpisane w serce. To odkrycie dużo skomplikowało, ale nie żałuję, ani szczerej rozmowy, ani czasu bez siebie, gdzie pytaliśmy Boga na ile On chce naszego związku, na ile to Jego pomysł na nasze życie.

A w cieniu tych zawirowań, w sposób niezauważalny przeze mnie, zmieniałam się, dojrzewałam, kontynuując podróż z kobietami. W grudniu 2017 roku Bóg znów przeprowadził mnie kolejny milowy krok dalej. To były Wspólnotowe Dni Skupienia – adwent. Nie pamiętam tematu, jaki wtedy poruszaliśmy, dla mnie było to Spotkanie z Oblubieńcem. W czytaniu Biblii dotarłam do księgi Pieśni nad pieśniami. Czułość Jezusa, zachwyt nad MOIM PIĘKNEM! Wtedy, po miesiącach pracy, dał mi łaskę bym mogła to przyjąć.

„O jakże piękna jesteś przyjaciółko moja, jakże piękna” (Pnp 1,15)

W mojej duszy ustał chaos, jakby ktoś zdjął ze mnie ogromny ciężar. Przestałam analizować, wchodzić w rolę, udawać by sprostać swoim oczekiwaniom. Byłam tu i teraz. Z otwartym sercem i przekonaniem, że jestem kochana, chciana i zachwycająca. I już nic nikomu nie muszę udowadniać, bo Mój Bóg, Miłość mojego życia się mną zachwyca! To było nawrócenie, zmiana w sposobie myślenia, która zrewolucjonizowała wszystko. A Oblubieniec mówił dalej:

„Zaklinam was, córki jerozolimskie, na gazele i na dzikie łanie!
Nie wyrywajcie jej ze snu, nie budźcie umiłowanej, dopóki sama nie zapragnie” (Pnp 2,7)

Zapragnęłam! Uwierzyłam w to, że będąc kobietą z taką historią jestem zdolna do miłości, dawania dobra, pięknego życia. Byłam gotowa. Nie przerażona i kontrolująca, ale świadoma swojego piękna i siły, którą Bóg wpisał w moje serce. Po raz pierwszy ucieszyłam się tym, że kocham. Moje serce było wolne, nawet jakbyśmy nigdy z K. nie mieli być razem, dziękowałam Bogu za niego, za to jak cudownie został stworzony i za to, że chcę jego szczęścia, jak szczęścia nikogo innego. Miłość zaczęła otwierać serce. Bo On, Jezus, Oblubieniec był źródłem.
Ale Bóg chciał dać mi jeszcze więcej.

„Powstań przyjaciółko moja, piękna moja i pójdź!
Bo oto minęła już zima, deszcz ustał i przeminął (…)
Drzewo figowe zawiązuje swój owoc,
a rozkwiecone winnice roznoszą swoją woń.” (Pnp 2, 10-13)

On wypełniał obietnice! W tym tekście mogło być każde inne drzewo. A był figowiec. Ja byłam tym drzewem, ja owocowałam. To był moment eksplozji serca. Słowo, do którego wracam w chwilach zwątpienia. By zobaczyć znów czarno na białym – jestem zdolna do miłości, Bóg mnie uzdolnił bym wydawała owoc.
Ja w grudniu już wiedziałam, że Bóg chce mojego związku z K. Miałam pokój o to, że z tego wyniknie dobro, choć to światu i logice wbrew.

Na decyzję K. czekałam do marca 2018 roku. Co to oznacza? Że Bóg dokładnie wypełnił swoje Słowo. Zostawił mnie jeszcze na rok. I przez ten rok nawożenia, okopywania zadbał bym zaowocowała. Dopiero gdy On otworzył moje serce, gdy stał się SENSEM tak realnie, gdy mnie rozkochał i ukazał mi piękno mnie samej, byłam gotowa by zacząć budować relację z K.

Początek marca jest dla mnie szczególnym czasem pamiętania o tej drodze. Wracania do Głosu Oblubieńca, który nadaje wartość i sprawia, że niczego i nikogo nie muszę się lękać.
Naszą relację budujemy na Chrystusie. On jest Miłością, z której wypływa nasza wzajemna miłość. Tak już od 2 lat. 
Na chwałę Boga Najwyższego!

D.

Komentarze